Całe swoje życie zawodowe, czyli już 17 lat, jestem samozatrudniona. Swoją działalność założyłam świeżo po studiach, w 2009 roku. Do dzisiaj pracuję na własny rachunek i choć czasami chciałabym poczuć bezpieczeństwo stałego etatu, nie wyobrażam sobie rezygnacji z własnej działalności.
Firmę założyłam jako podmiot szkoleniowy, świadczący także usługi tłumaczeniowe. Od początku wiedziałam, że chcę uczyć języka angielskiego w różnych miejscach i formach. Prowadziłam zajęcia indywidualne i grupowe oraz warsztaty; uczyłam młodzież szkolną i dorosłych. Przygotowywałam uczniów do egzaminów, ale szkoliłam też w zakresie business English. Pracowałam dużo, czasami zbyt intensywnie, lecz nie przez cały rok. Wakacje w szkole wymuszały w mojej pracy przerwę i redukcję prowadzonych zajęć w miesiącach letnich.
Praca nauczyciela języka obcego zawsze dawała mi ogromną satysfakcję. Lubiłam i nadal lubię uczyć. Myślenie o czyimś rozwoju językowym jak o procesie, o który mam zadbać, i obserwowanie, jak realnie kształtuje on czyjeś umiejętności, to ta część pracy, którą zawsze ceniłam najbardziej. Po kilkunastu latach poczułam jednak potrzebę rozwoju. Moje zajęcie dalej było budujące i stanowiło stałe źródło dochodu, ale zaczęłam szukać czegoś w czym mogłabym się rozwijać. Nie wynikało to z nudy czy wypalenia (bo to nie do końca prawda) – to raczej cecha charakteru. Nie wyobrażam sobie życia bez zdobywania nowych umiejętności!
I tak pojawiła się fotografia. Początkowo tylko jako hobby i odskocznia od dość przewidywalnej pracy (umówmy się, po kilkunastu latach w zawodzie każdy wyrabia w sobie pewne schematy). Spośród wielu gatunków wybrałam fotografię kulinarną. Dla mnie było to dość naturalne – jako urodzony „foodie” i osoba, która prawie obsesyjnie kupowała książki kucharskie, odnalazłam się w tym błyskawicznie. Nie ukrywam, że w rozwoju pomogła mi też pandemia. To był czas, który wymusił na wielu z nas przerwę oraz zmianę trybu życia i wniósł całkowitą rewolucję do mojego systemu pracy. Na początku nie wiedziałam, co z tym zrobić. Czy próbować pracy zdalnej (której wcześniej nie znosiłam), czy całkowicie zrezygnować z nauczania? Zrobiłam sobie kilka miesięcy przerwy i to był moment, w którym zrozumiałam, jak bardzo potrzebuję dywersyfikacji zajęć, żeby nie popaść w rutynę, stagnację i działanie na bezmyślnym autopilotcie.
Te kilka miesięcy poświęciłam na naukę fotografii. Przyznaję – miałam w tym trochę szczęścia. Nie wstałam pewnego dnia z myślą: „ok, to dzisiaj zaczynam się uczyć”. Miałam ogromnego farta zapisać się na międzynarodowe warsztaty dla fotografów kulinarnych, które z racji pandemii były organizowane całkowicie online i w większości za darmo. Poznałam wielu fotografów, zaczęłam szukać materiałów edukacyjnych, próbowałam robić zdjęcia samodzielnie (pożyczonym od koleżanki aparatem) i tak, krok po kroku, się rozwijać. Zaczynałam dosłownie od zera – w końcu początkowo nie miałam nawet własnego sprzętu!
I tak się zaczęło – z każdym kolejnym zdjęciem wiedziałam, że chcę, aby stało się to moją pracą. Miałam świadomość, że nie zmienię zawodu z dnia na dzień ani że fotografia nie zastąpi całkowicie moich lekcji (za bardzo lubię uczyć!). Ale ta dziedzina dała mi to, czego szukałam: rozwój! Nie podeszłam do tego jak do radykalnej zmiany, lecz jak do przejścia na inny model biznesowy. Bardzo dużo uczyłam się sama – pandemia i dostęp do internetu okazały się kluczowe. Z czasem zaczęłam jeździć na szkolenia (byłam na trzech jednodniowych warsztatach grupowych). Dalej prowadziłam swoją działalność, a „po godzinach” i w weekendy robiłam zdjęcia. Zawsze miałam przy tym wsparcie otoczenia, przyjaciół i rodziny. Myślę, że po prostu widzieli, ile sprawia mi to przyjemności. To ogromna wartość mieć bliskich, którzy nie negują nowego pomysłu, lecz najzwyczajniej w świecie kibicują.
Około dwa lata później dostałam swoje pierwsze „poważne” zlecenie fotograficzne. Miałam już spore portfolio zdjęć publikowanych w mediach społecznościowych i praca dosłownie mnie znalazła. Komercyjne zlecenia pokazały mi też, że nie chcę całkowicie rezygnować z nauczania (fotografia kulinarna czasami oznacza całe dnie spędzone samotnie w studio), dlatego postanowiłam zostać przy modelu hybrydowym. Nadal robię to, co dotychczas, ale drastycznie zredukowałam edukacyjny „etat”, by mieć więcej czasu na zdjęcia. U mnie taki model sprawdził się idealnie. Nie zrezygnowałam z tego, co lubię, ale dałam sobie przestrzeń na rozwijanie innej „odnogi” działalności. Udało mi się nawet połączyć obie pasje – zostałam również nauczycielem fotografii, prowadząc warsztaty fotograficzne!
Z finansowego punktu widzenia była to dla mnie najlepsza decyzja. Jako że nie jestem osobą stawiającą wszystko na jedną kartę, ograniczyłam jedno zajęcie, by dać sobie czas na drugie. Dzięki temu zachowałam stabilność finansową, która w przypadku zmiany branży jest moim zdaniem kluczowa. Udało mi się zrobić coś zupełnie nowego, zmonetyzować to (w końcu o to też chodzi w pracy) i zostawić sobie przestrzeń na dalszy rozwój. Nie wszystko jest łatwe. To nadal praca freelancera i trzeba pamiętać, że prowadzenie własnej firmy to stałe, comiesięczne (niemałe!) koszty. Zarabiam tylko wtedy, kiedy pracuję, i sama muszę o te zlecenia zadbać, ale na ten moment nie zamieniłabym tego na etat (mimo że bezpieczeństwo pracy na etacie bywa kuszące).
Z perspektywy czasu cieszę się z podjętych decyzji. Już dwa lata przed pandemią myślałam o przebranżowieniu. Ta potrzeba była na tyle silna, że faktycznie się ziściła. Może nie w formie drastycznego porzucenia wszystkiego na rzecz czegoś kompletnie nowego, ale w bardziej elastycznym, hybrydowym wydaniu.
Zmiana zawodowa nie musi być skokiem na głęboką wodę bez asekuracji. Dla mnie okazała się ewolucją, która pozwoliła mi zachować to, co lubię, i zrobić miejsce na coś nowego. Moje przebranżowienie to świadome budowanie nowego, hybrydowego podejścia, które odpowiadało na moje potrzeby – bez palenia za sobą mostów, ale ze stopniowym wypracowaniem nowego modelu pracy.
Jakie rady dałabym osobie, która chce zmienić branżę?
1. Nie musisz palić za sobą mostów – postaw na model hybrydowy
Przebranżowienie kojarzy się często z rzuceniem wszystkiego z dnia na dzień, co budzi strach i czasami frustrację. Można stopniowo przesuwać suwak: redukować etat w starej branży na rzecz nowej. To daje komfort psychiczny i pozwala nowej pasji rozwijać się we własnym tempie.
2. Wykorzystaj „czas przejścia” na naukę i networking
Zanim zainwestujesz ogromne pieniądze w nową branżę, sprawdź, co możesz wycisnąć z darmowych zasobów, takich jak lokalne warsztaty, darmowe materiały edukacyjne online, webinary czy grupy networkingowe.
3. Zaufaj swojej intuicji
Strach często bierze się z poczucia, że „przecież mam stabilną pracę, po co to zmieniać?”. Zmiana nie wynika z jakiejś osobistej porażki, a raczej z potrzeby czegoś innego. Jeśli codziennie rano budzisz się z myślą, że potrzebujesz czegoś nowego – czas posłuchać siebie i znaleźć na to sposób.
Więcej informacji o naszej bohaterce znajdziesz na jej profilu ig: https://www.instagram.com/karolina.foto.stories?igsh=bmxzeWtyZXlodXY
