Przez wiele lat byłam przedsiębiorczynią w branży gastronomicznej. Prowadziłam własną jogurtownio-kawiarnię „frupiYoogo” – miejsce, które stworzyłam od podstaw i które przez 11 lat było ważnym punktem na mapie lokalnej społeczności. Zanim jednak weszłam w świat gastronomii, pracowałam w agencji reklamowej jako operator maszyn naświetlająco-wywołujących oraz grafik. Lubiłam tę pracę – dawała mi przestrzeń do realizowania artystycznej części mnie. Nie odpowiadał mi jednak sposób zarządzania i brak wzajemnego szacunku.
To wtedy pierwszy raz podjęłam decyzję w duchu: „boję się, ale robię”. To zdanie towarzyszy mi do dziś i wraca do mnie jak refren dobrej melodii. Pod strachem bardzo często kryje się ekscytacja i zaufanie do siebie – do swojej pracowitości, wartości i sprawczości.
Kiedy otworzyłam „frupiYoogo”, włożyłam w to miejsce całe serce. Zaprojektowałam logo, współtworzyłam wystrój, budowałam menu, dobierałam sprzęt i zespół. To było coś więcej niż biznes – to była przestrzeń spotkań, rozmów i jakości. Gdy zespół już działał sprawnie, mój dzień pracy obejmował zamówienia, kontakt z dostawcami, organizację pracy i obsługę klientów. Najbardziej lubiłam właśnie ludzi – rozmowy, relacje, stałych gości, którzy wracali nie tylko po produkt, ale po atmosferę.
Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać, że coraz mniej energii daje mi sama gastronomia, a coraz więcej – rozmowy rozwojowe z pracownikami. Motywowałam młode osoby do szukania swojej drogi, wspierałam je w decyzjach, pomagałam im zobaczyć ich potencjał. Widziałam, jak rosną – i to mnie fascynowało. Paradoksalnie, kiedy odchodzili dalej w świat, ja musiałam zaczynać proces od nowa. Na początku to było ekscytujące. Później stało się powtarzalne.
Przełomem był coaching. Zapisałam się na niego, chcąc stać się lepszym szefem i człowiekiem. Chciałam nauczyć się rozmawiać bez narzucania, wydawać polecenia bez rozkazu, budować relacje bez powielania dawnych schematów. W trakcie pracy rozwojowej odkryłam coś ważnego – największą satysfakcję daje mi zadawanie pytań. Ten moment, kiedy druga osoba dochodzi do własnego „aha”, kiedy w jej oczach pojawia się błysk zrozumienia – to było dla mnie niezwykle poruszające. Zaczęłam bardziej słuchać niż mówić.
Coraz wyraźniej widziałam, że to właśnie rozmowy, rozwój i jakość relacji są moim motorem. Jednocześnie coraz bardziej męczyła mnie codzienność gastronomii – rutyna, awarie sprzętu, fizyczność pracy, ciągłe myślenie o produktach i logistyce. Punktem zwrotnym była poważna awaria maszyny. Pamiętam moment, w którym pomyślałam: nie chcę już tracić energii na coś, co mnie obciąża.
Decyzja o zmianie dojrzewała około dwóch lat. Nie mogłam pozwolić sobie na gwałtowny ruch – jako samotna mama dwójki dzieci potrzebowałam finansowego zaplecza. Zaczęłam się intensywnie szkolić: kurs coachingu, szkoła coachingu na SWPS w Poznaniu, kolejne etapy kształcenia, Szkoła Trenerów, badanie Reiss Motivation Profile®. Dziś jestem również na pierwszym roku psychologii na Uniwersytecie WSB Merito we Wrocławiu.
Moment zamknięcia lokalu był trudny. Pracowałam po 10–12 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Po zamknięciu przyszło coś, czego się nie spodziewałam – ogromne zmęczenie. Organizm domagał się snu, ciszy, regeneracji. Z perspektywy czasu wiem, że dotknęłam przesuniętego w czasie wypalenia zawodowego.
Początki w nowej branży nie były łatwe. Przez długi czas nie miałam klientów coachingowych, a pierwsze realne pieniądze pojawiły się dopiero ze szkoleń – ponad rok po zmianie. Zarobki na początku znacząco spadły. Musiałam sięgnąć po oszczędności, których „nie powinno się ruszać”. To bolało.
Były też głosy krytyki i niezrozumienia. Część otoczenia uważała, że rezygnuję z czegoś, co „dobrze działało”. Pojawiały się wątpliwości – szczególnie wtedy, gdy klienci przychodzili się żegnać i prosili, bym jeszcze przemyślała decyzję. W takich momentach wracałam do siebie sprzed zmiany i zadawałam sobie pytanie: Czy gdybym została, byłabym szczęśliwa? Odpowiedź była jasna i tylko jedna – NIE. Choć nowy początek nie miał w sobie nic z romantycznej historii o „podążaniu za marzeniami”.
Dziś prowadzę firmę doradczo-szkoleniową IDEa oraz fundację #pani_ulga, wspierającą samotnych rodziców poprzez szkolenia i warsztaty z komunikacji. Pracuję jako trener i coach, współpracuję z firmami, często poza moim regionem. Każde szkolenie to dla mnie przestrzeń spotkania – bez zaplecza gastronomicznego na mojej głowie i barkach, tylko z pełnym skupieniem na człowieku, na rozmowie.
Zmiana zawodowa zmieniła w moim życiu wszystko – od relacji, przez styl życia, po sposób spędzania czasu. Nie jest kolorowo w każdym aspekcie. Najtrudniejsze wciąż bywa bezpieczeństwo finansowe i budowanie pozycji w branży, w której firmy mają już swoich sprawdzonych partnerów. Ale jednocześnie czuję, że wróciłam do swoich wewnętrznych potrzeb – do pracy z sensem.
Z tej drogi wyniosłam kilka ważnych lekcji. Po pierwsze: warto lepiej poznać siebie, zanim podejmie się decyzję o zmianie. Po drugie: dobrze dać sobie czas i przygotować finansową poduszkę bezpieczeństwa. Po trzecie: nie doprowadzać się do ostateczności – zmiana może być procesem, nie musi być katastrofą.
Dziś już wiem, że lokal był pretekstem do rozmów, był warunkiem do spotkania się. Dawał ramię do relacji. Dobre jedzenie było formą alibi, dla mnie, do spotkania bez rozmowy ze mną. Mój rozwój to przejście z „rozmowy przy okazji” do „rozmowy jako „rdzeń” spotkania.
Gdybym miała opisać swoją historię jednym zdaniem, powiedziałabym:
nic w życiu nie woła tak mocno jak nasze wewnętrzne „ja”.
A sobie sprzed kilku lat powiedziałabym: niezależnie od tego, którą drogę wybierzesz – będzie „trudno”. Ale tylko droga zgodna z twoimi wartościami daje odwagę i prawdziwą satysfakcję i poczucie, że warto.
